Start Wystawy czasowe - Władysław Grochola - Rysunki anachroniczne -

- Władysław Grochola - Rysunki anachroniczne -

 

wernisaż - 15.06. godz. 11.00

wystawa  - 15.06 - 3.08.2013

Kliknij w obraz aby otworzyć
Kliknij w obraz aby otworzyć
Kliknij w obraz aby otworzyć

Władysław Grochola (1958 - ?), w latach 1965 -73 uczeń szkół podstawowych w Wałbrzychu, Poznaniu
i Warszawie. Absolwent Liceum Ogólnokształcącego im. J. Słowackiego w Warszawie (1977), Policealnego Studium Zawodowego CZSP gdzie „uzyskał kwalifikacje zawodowe do wykonywania zawodu charakteryzatora i perukarza o specjalności Techniczna Realizacja Widowisk i tytuł Technik Teatralno Filmowy” (1979) oraz PWSSP w Poznaniu – dyplom w Pracowni Technik Metalowych na kierunku grafika warsztatowa (1984). Po studiach przymuszony okolicznościami zewnętrznymi uczy przez rok plastyki w jednej ze szkół podstawowych Myśliborza, gdzie mieszka przez trzy lata, skąd się przenosi z trzyosobową rodziną do pobliskiego Gorzowa Wlkp., gdzie mieszka do dziś i gdzie również przyszło mu przez dłuższy czas uczyć dzieci i młodzież, póki nie stwierdził, że w wyniku działań państwa na polu oświaty stało się to niemożliwe.

Skupia się obecnie na własnej działalności twórczej, której podstawowym przejawem ciągle pozostaje to, co nazywa rysunkiem ze względu na pierwotny ślad podstawowego, spośród używanych, narzędzia. „Z rzadka
i niechętnie” pisuje wiersze, z których niewielka część jest bezpośrednio związanaz twórczością plastyczną. W 2009 r. zdołał wybrać z prawie dwudziestu lat pisania czterdzieści trzy wiersze, które wydał w tomiku „Skóra” z kilkoma reprodukcjami rysunków.

Obecna wystawa, choć nie pretenduje do miana retrospektywy, zdaje się mieć taki charakter. Głównie ze względu na sposób selekcji prac -  autor poszperał po pracowni i w jej pobliżu i wybrał to, czym jest się gotów podzielić z cudzym okiem. Nie przyświecała mu żadna wizja ogólniejszej natury, ani tym bardziej, tzw. „myśl przewodnia”. Autora fascynuje wrodzone ubóstwo działania, którego efektem jest pokryty śladem narzędzi i przeróżnych mediów prostokąt.

Autor ma głębokie przekonanie, że jego twórczość jest zewnętrznym objawem bezradności wobec fenomenu istnienia i bezmiaru świata. Tym bardziej śmiertelnie poważnie podchodzi do wykonywanej czynności i tym bardziej stara się patrzeć na jej efekty mrużąc oko.

Wyrazem takiej postawy jest poniższy wiersz okolicznościowy, zamieszczony tu przez autora mimo porażki w konfrontacji ze śp. A. Mickiewiczem. Ze względu na wyjątkowość i charakter miejsca wystawy korzystając z posiadanych zasobów uczciwości przedstawia się, co następuje:

 

Historio! Matko dziejów! Ty jesteś sprawczynią
tego, że na papier kładę linię za linią
dręcząc bezradną płaszczyznę. Dziś na to patrzę
i widzę, że nie mogło zdarzyć się inaczej.

Polsko! Ojczyzno moja, w której w czas przełomu
warto było wyjść w miasto, wydobyć się z domu
po cokolwiek. I chociaż nie było niczego,
wszystko było za bezcen. Dziś patrzę na niego,
jak szpera, jeśli szperać można pośród pustki,
by wyłowić z niczego te stalowe łuski,
w zakurzonych (już wtedy!) pudełkach zapasy
enerdowskich stalówek. Po dzisiejsze czasy
wiernie mu służą, jeśliby nazwać to służbą.
A może czym innym? Taką dziwaczną drużbą,
jaką tylko przedmiot może zawrzeć z człowiekiem.
Dość na tym, przywiązanie nie minęło z wiekiem.

Został w tyle poprzedni, dziś w dwudziestym pierwszym,
gdy u jego początków przyszłoby mi wieszczyć,
o co gra teraz pójdzie, zapowiem: nie o co,
a w co grać nam przychodzi, dzisiaj gra się w oko.

Ruchome, nieruchome - bez liku obrazów,
gdaczących, gadających, nie pojąć od razu
w czym rzecz, jeśli cokolwiek może być na rzeczy.
Wokół patrz, oko patrzy i widzi, że skrzeczy
wszystko, czego się dotknie; oko się zamyka
śladem myszy przychodzi oku stąd umykać,
pod miotłę. Cichaj oko, rzuć okiem za okiem
i zechciej się potoczyć swoim własnym tokiem
ku światom tak odległym, gdzie milczenie znaczeń
nie żąda dla oka zbyt żmudnych tłumaczeń.

Mam takie wrażenie, że zdarzało się czasem,
że w owych okolicach stawało popasem
i wydobywszy papier, wydobywszy dłonie
dawało zoczonemu początek i koniec.

A więc nieogarnione próbować ogarnąć,
żywe w martwe przemieniać dłonią tak niezdarną,
że się gubić potrafi w gmatwaninie śladów
idąc ku porządkowi przez chaos bezładu
życia gotowego trwać, póki trwa złudzenie
przemiany życia w życie, że nowe istnienie
gotowe się stwarzać w cudacznym procesie
walki piórka z papierem, tych rzadkich uniesień
dłoni i czoła, kiedy oko może patrzeć
w dół z lotu ptaka, widząc, że się nie da zatrzeć
tego, co już się stało, co postanowione,
co być może coś znaczy, a więc jest skończone.

Ścieraj się piórko, ścieraj; krzepnij tuszu, krzepnij;
oko! To co powstało, w jedną całość zepnij;
wybierz spośród zapasu podłogowych desek
te, co się zechcą złożyć w nieodzowny deseń
ramy; ty oko nadal pozostawaj czujne,
zobacz: jak on ramy, tak stolarz kleci trumnę.